Ankieta
Top 3 użytkowników
-
1072 punkty
-
48 punktów
-
43 punkty
Aktualności - Napad
-
Napad- Dalipan, jakaż to aura niesprzyjająca!
- rzekł podstoli Białowąs.
Na takie dictum krew zawrzała w żyłach pułkownika Potockiego. Błyskawicznie, jak atakująca żmija, wyrwał zza pasa krócicę i palnął w pustą makówkę oratora.
- Wciórności! Na pysk padł! Ani chybi ubit! - wrzasnął podkomorzy Jabłonowski.
Asesor Lubomirski jeno wąs kręcił, w milczeniu popatrując na zezwłok, który osunął się na podłogę kolasy.
- Jakże to, mospanie? Przecie kawaler Białowąs na straży stać miał, od nieprzyjaciela nas ustrzec swym wzrokiem bystrym! - desperował w niebogłosy Jabłonowski.
- Nie alterujcie się, waszmościowie. Sursum corda! Samoczwór takoż damy radę, wszak lellum pollelum zeń było i żółć we mnie gotował - pułkownik Potocki zatknął krócicę za pas. Znać po nim było, że deliberować nie ma ochoty.
- Hałła! Hałła! - zakrzyknał z tatarska wojski Czernyhor, zacinając konie batogiem!
- Waszmościowie, nie czas teraz fołdrować towarzysza, tempus fugit! - rzucił pojednawczo asesor Lubomirski.
Konie zarżały, spięte do szybkiego kłusu. Kolaska zakołysała się, a później, ze skrzypieniem skórzanych uprzęży skoczyła snadnie do przodu. Koła załomotały na kocich łbach miejskiego gościńca. Powóz przystojnie toczył się w stronę domu arendarza. Trup podstolego Białowąsa podskakiwał na wertepach. Po dwóch pacierzach kompanija uplasowała się. Kawalerowie Lubomirski i Czernyhor wyskoczyli z powozu, poczem bez przestanku pobieżyli do wnijścia. Na komnatach panowały pospołu pacem et tranquilitas. Najsampierw gwardzista arendarski w gębę wycięty został, potem jeszcze jakiś szlachetka, co do pana arendarza akcyję miał jakową.
- Plackiem na brzuchy legać, jako wężowie, ścierwa nieakolickie! - wrzasnął pułkownik Potocki - kto pierwszy żywot ruszy, temu kulkę z krócicy rychło w ciemię wpakuję! - co rzekłszy, palnął z samopału do jakiegoś cudzoziemca, który zaczem zdechł, zdążył się jeno zanieczyścić zestrachany.
- Waćpanna, zechcesz-li złoto arendarskie do tego worka wpakować? - z atencją i ukłonem zapytał młodej służki asesor Lubomirski.
Służąca w taki terror wpadła, że ręce jej tremens haniebny opanował i monety z brzękiem sypały się na nieheblowane deski podłogi.
- Dwa pacierze! - krzyknął wojski Czernyhor z dziedzińca.
- Azaliż waćpanna! Poczciwie monety nakładaj, bom krewki dziś, nie daj Bóg despekt mi wyrządzisz, ani chybi dziatek nie obaczysz! - groźba bez ochyby trafiła, albowiem pieniądz jął się sypać jakby łacniej.
- Jeden pacierz jeno ostał!
Dwie sakwy ze złotem już pełne. Kawalerowie obrócili oblicza w stronę furty. Wtenczas ozwała się palba! Pan pułkownik Potocki za pierś się chycił, na której, jak kwiat szkarłatny, wykwitała powoli plama krwi. Zacharczał. Jego oczy krwią nabiegły, żyły i ścięgna jak postronki zarysowały się pod ryngrafem.
- Chędożny samobij! Jeno jeden gwardzista miał być! - to wołał asesor Lubomirski, kryjąc się za rogiem.
Pułkownik Potocki powoli odwrócił się w stronę strzelca. W jego powalanej krwią dłoni lśniła bogato zdobiona karabela. Gwardzista stał jak wryty, zdjęty haniebnym tremorem. Towarzysz pancerny ruszył w jego stronę. Strażnik jeszcze raz nacisnał spust, lecz krócica bić już nie mogła, ładunek dawno wystrzelon! Potocki doskoczył do chama, raz i drugi karabelą przez pierś go chlasnął. Walka nie trwała ni chwili, bezwładne ścierwo chmyza osunęło się na podłogę.
- Ja cię, chamie, nauczę respektować szlachcica polskiego! - pułkownik trącił padło końcem buta.
- Waszmości, odłóżcie tę cenną lekcyję na później i baczcie, że czas już uchodzić - trzeźwo doradził asesor Lubomirski.
W oddali słychać już było dzwony bijące na trwogę. Wojski Czernyhor rogiem dał znać do odwrotu. W końcu towarzysze wylegli na dziedziniec. Kawalkada dworskich dragonów nadjeżdżała od południa. Półhaki zagrały palbą, jeno garłacz Zieleniewskiego milczał, jakoby proch zamókł od dżdży. Jeden z dragonów zachwiał się w siodle i runął, lecz stopa uwiązła mu w strzemieniu! Koń wlókł go za sobą w pędzie, głowa żołnierza co i rusz dobijała o bruk. Okazyja była ku temu, by do kolasy wskoczyć - co i kawalerowie zrobili gładko.
- Naprzód! A bata nie szczędź! - ryknął asesor Lubomirski, przywołując do porządku oniemiałego hajduka!
- Cóż tam, u diabła, zaszło, waszmościowie? - zapytał pan podkomorzy Jabłonowski.
- Szkoda słów, mociumpanie. Znalazł się jakowyś piesek dworski, ale ja tam jeszcze jedną wycieczkę urządzę. Jeno tym razem weźmiem granaty! - oznajmił pułkownik Potocki, a w jego oczach iskrzyła się FRENEZYJA!
l.
[wpis ukazał się na moim blogasku jako odpowiedź w pewnym flejm-łorze]
Dodaj nową informację»

© 2008 - 2012 Wszelkie prawa zastrzeżone.